z Nis pod granice turecką czyli jak przejechać 600 km w 24 godziny

Kiedy wstajemy rano orientujemy się, że zostawiliśmy w ostatnim samochodzie nasz jedyny zeszyt. Wobec tego piszemy ‚ISTANBUL’ na karimacie i mamy nadzieję, że złapiemy bezpośredniego stopa. I udaję się! Nie musieliśmy długo czekać na TIRA, jadącego prosto do Istambułu (czyli ponad 600 km stąd).

Nasz kierowca nie zna ani słowa po angielsku, ale nadrabia gościnnością i serdecznością. nasze rozmowy ograniczają się do ‚istanbul Gross!’, ‚aaa.. Polonia, vodka!’ Dzieli się z nami jedzeniem i piciem i zaprasza nas nawet na świetny turecki obiad w przydrożnym barze. I tutaj po raz pierwszy przekonujemy się, że kebab w Turcji to nie do końca to co my znamy jako kebab, tutaj to pojęcie jest dużo szersze. Dostajemy baraninę, uformowaną w takie ‚wałeczki’ i do tego mnóstwo sałatki, wszystko oczywiście bardzo nam smakuje.

Na granicy serbsko-bułgarskiej chcieliśmy pójść po wodę. Żeby dojść do sklepów musieliśmy minąć długą kolumnę TIRów. Mijamy je, idziemy w stronę sklepów (cały czas nie przekraczając granicy). Słyszymy gwizd, odwracamy się – celnik. Podchodzimy do niego:
-PASSPOSRTS?
– strasznie głupio zrobiliśmy, że zostawiliśmy paszporty w tirze. Tłumaczymy, ze my tylko po wodę, że nie przekroczyliśmy granicy, że z Polski i że Unia Europejska. Pokazujemy dowody osobiste.
-PROBLEM, BIG PROBLEM.. – gadamy z nim jeszcze chwilę, pozwala nam pójść po wodę i przekroczyć granicę w Tirze. Wracamy do Tira, dojeżdżamy do budki i znowu się zaczyna… “BIG, BIG PROBLEM”. Coś tam pisze palcem po Tirze, że mandat, że POLIZEI, że 100 Euro. Nasz kierowca próbuje dać mu czekoladę (swoją drogą nie mam pojęcia czemu on każdemu celnikowi daje czekoladę albo energy drinka). Na szczęście okazuje się, że to taki dobry wujek co chce pogadać z Polakami, ostrzec, trochę postraszyć, dać dobrą radę na przyszłość. OK, nie ruszamy się już nigdzie bez paszportu.

Swoją drogą nasi serbowie z couchsurfingu mówili, ze Serbia bardzo chce wejść do Unii Europejskiej, dlatego starają się nie zadzierać z obywatelami państw członkowskich (ponoć w Belgradzie możemy spokojnie jeździć bez biletu, bo kanary zwyczajnie nie dają mandatów obywatelom państw UE). Może ta przygoda na granicy to tylko potwierdzenie?

KIedy zbliżamy się do granicy bułgarsko -tureckiej kierowca zabiera nas do przydrożnego baru (ponoć TIRowcy najlepiej znają się na barach – w tym przypadku to prawda, bo jedzenie jest najlepsze jakie jedliśmy podczas całego pobytu w turcji) Właściciel baru jest pierwszym mówiącym po angielsku turkiem. Podejmujemy więc pierwszy poważniejszy dialog z naszym kierowcą. Nie wiemy o której będziemy w Istambule, niby mamy umówimy couchsurfing, ale od jutra i nie chcemy robić kłopotu przyjeżdżając dzień wcześniej… o 2 w nocy (bo aktualnie oficjalna wersja głosi, że będziemy w Istambule na drugą) Postanawiamy spać w namiocie, ale właściciel baru przekonuje nas, że to zły pomysł “danger, big danger, a lot of bad people’ (i miał rację, nawet nie byłoby gdzie rozbić tego namiotu). Staje na tym, że damy numer
telefonu naszego hosta kierowcy i już się dogadają po turecku. Minusem całego przedsięwzięcia jest fakt, że nie poinformowali nas co tak właściwie ustalili, a wygadali ostatnie 20 zł kredytu z mojego telefonu i nawet nie mam jak zadzwonić…Czyli jeśli Ozan po nas nie przyjdzie to nie mamy żadnej opcji kontaktu ze światem. Dowiadujemy się tylko, że Ozan odbierze nas o 6.30 z miejsca wktórym zostawi nas nasz kierowca.

O godzinie 1.30 dobijamy do tureckiej granicy. Jedziemy Tirem z Nis od 12 i będziemy jechać jeszcze nieskończenie długo. Nie mogę uwierzyć, ze już prawie nam się udało.
Istambuł!
Na granicy spędzamy kolejne 3 i pół godziny. Zostajemy przeszukani przez bardzo niemiłego celnika, który pyta nas czy mamy’ ecstasy? weed? cocaine? guns?’ po czym zaczyna okładać pięścią nasze plecaki…

O godzinie 3 słońce zaczyna powoli wschodzić a my wciąż nie ruszyliśmy się z granicy bułgarsko-tureckiej. Nie sądzę, żebyśmy mieli dotrzeć do Istambułu na 6.30. Za to mamy śliczne tureckie Wizy (15 Euro nas kosztowała ta przyjemność) i pomimo zmęczenia jesteśmy całkiem zadowoleni.

Odzywa się turecka mentalność.  Nasz kierowca wołając nas zawsze mówi ‘Adam!’, chociaż dobrze wiem, że pamięta moje imię. Coś tam się we mnie burzy po cichu, ale nie daje nic po sobie poznać.

Z resztą to nie jedyny przejaw tureckiej mentalności, którego jest nam dane doświadczać. Kierowcy nigdzie się nie spieszą, trzymają się razem (nasz ma przyjaciela – kierowcę innego Tira), zatrzymują co chwilę na posiłek, herbatę, lub po prostu żeby coś sobie powiedzieć. Nasz driver co chwilę trąbi na jakiegoś mijanego Tira. Na postoju jeden z kierowców wyciąga stolik, chleb, pomidory i wszystkich częstuje. Nasz kierowca zaraz przynosi energy drinki i rozdaje wszystkim. Jadąc tak z nimi czujemy się jak członkowie jakiejś dużej, dziwnej rodziny.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Istambuł 2011 i oznaczony tagami , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s