ISTAMBUŁ!


No i jesteśmy w Istambule. Spędzilismy tu 3 dni, których nie ma sensu opisywać chronologicznie.  Istambuł jest niezwykłym miastem,  innym niż te europejskie (czyli mamy to co chcieliśmy). Już na początku zaskakuje nas komunikacja miejska. Nie ma biletów, nie ma rozkładów jazdy (potem okazało się, że bilety jednak są ale funkcjonuje dużo prywatnych autobusów gdzie za przejazd płaci się właśnie gotówką). Wskakujemy do ‘one lira bus’ (cytuję naszego tureckiego hosta – Ozana) prowadzonego przez dwóch czarnoskórych gości w ciemnych okularach i złotych łańcuchach. Na skórzanej desce rozdzielczej stoją małe figurki łaciatych piesków. Płacimy po lirze i w ten sposób możemy jechać do mieszkania naszego hosta.  Po drodze próbujemy kupić piwo, ale okazuje się, że można je kupić tylko w wybranych sklepach.

Pierwszego dnia zrezygnowaliśmy ze zwiedzania, decydujemy się jedynie na poznawanie życia nocnego. Koło 22 wychodzimy wraz z naszymi hostami do kulturalnego centrum miasta – Besiktas.

Miejsce robi na nas ogromne wrażenie. Jest niezwykłe szczególnie wieczorem, kiedy restauracje wystawiają stoliki na zewnątrz, w takiej ilości że nie sposób się między nimi przeciskać, obnośni sprzedawcy sprzedają migdały w lodzie, a muzycy zaczepiają gości, grają dla nich. Chcemy zamówić piwo, jednak Ozan namawia nas na raki. Raki to najtańszy tu wysoko-procentowy alkohol, pity równie często jak w Polsce wódka. Pije się to dziwacznie. Kelner podaje nam po dwie szklanki i kubełek z lodem. Do jednej szklanki nalewa ⅓ raki i zalewa wodą. Pod wpływem wody drink zmienia kolor na mleczny. Wrzucają do tego lodu i popijają wodą. Muszę dodać, że nam raki zupełnie nie smakuje. Jest mocno anyżkowa, a popijanie wodą nie jest w stanie zatrzeć jej smaku.

Kiedy następnego dnia zwiedzamy Besiktas i plac Taksim robi na nas zupełnie inne wrażenie. Jest tłoczno i gorąco, pełno tandetnych sklepików i brudnych uliczek. Ozan radzi nam ‚nie wydawajcie pieniędzy na zabytki w Turcji, lepiej wydawajcie je na jedzenie, bo jest najlepsze na świecie’  po czym zabiera nas na obiad – zjadamy mięsne pulpeciki ułożone na picie i polane sosem i knysze z sałatką. Do tego każdy dostaje plame jogurtu. Robię błąd, że go próbuję – okazuje się, że straszliwie śmierdzi kozą a koza to smak który odtąd będzie mi towarzyszył w Istambule, nie pozwalając zjeść ani kebaba ani nawet lodów śmietankowych od ulicznego sprzedawcy (swoją drogą takie lody to też niezapomniane przeżycie – są zupełnie inne niż u nas, gumowate, ciągnące a sprzedawcy potrafią zrobić z nimi najróżniejsze sztuczki)

Potem zwiedzamy. Wieża Galata, pałac Topcapi, Hagia Sofia i niebieski meczet (gdzie ku mojemu zdziwieniu nie muszę zakrywać włosów, za to dostaje niebieskie ‘szmatki’ na ramiona i nogi) i najlepsze moim zdaniem miejsce w Istambule – Basilica Cistern . Zupełnie magiczne miejsce, zbudowane w VI wieku. Pełno delikatnie oświetlonych kolumn, zatopionych w wodzie, w której pływają karpie. Do tego muzyka, półmrok i w końcu chłód!


Pokonujemy też promem Bosfor i przedostajemy się na drugą stronę Istambułu – tym samym po raz pierwszy w zyciu stawiamy stopę w Azji!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Istambuł 2011 i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s