Autostopem do Paryża 2008 – Adam i DD + filmik

Poniższa relacja jest wygrzebana ze starych archiwów, sprzed ponad 4 lat. Może komuś kto dopiero rozpoczyna przygodę z autostopem lub jedzie do Paryża może się przydać. Nagraliśmy również podczas tej relacji film:

Wstęp.

  W wakacje (2008) chcieliśmy w końcu udać się na jakąś samodzielną wyprawę stopem. Jako że jeszcze nigdy sami stopem nie jeździliśmy była to podróż eksperymentalna, w celu przełamania bariery niemożliwego, rozszerzenia horyzontów i zniwelowania strachu przed podróżowaniem bez planu, znajomości lokalnego języka oraz przed rozmowami z obcymi ludźmi. W sumie to się udało. Po wyjeździe z Polski już na drugi dzień dzięki uprzejmości bardzo miłej pani z córką znaleźliśmy się w Belgii, a trzeciego dnia z pewnym miłym turkiem dotarliśmy do centrum Paryża. Tym, którzy nie wierzyli, że tak łatwo i tanio można podróżować wysłałem tego trzeciego dnia mms’a z rozświetloną, niebieską wieżą Eifell’a!

    Żałuję trochę że nie napisaliśmy tej relacji zaraz po powrocie z podróży.. ale myślę że uda nam się przedstawić ją z większością szczegółów właśnie teraz. Po wielu dniach planowania co by tu spakować, kilku dniach kupowania pierdół do spakowania i chyba dniu pakowania rzeczy do plecaków zaczęliśmy podróż w niedzielę. Staraliśmy się nie brać zbędnych rzeczy, a z głównych rzeczy co zabraliśmy to: śpiwór, namiot, ciuchy, parę konserw, zupek chińskich, grzałkę, kosmetyczkę, apteczkę itp.
Jako że należymy do dziwnej grupy społecznej jaką są kuglarze, wzięliśmy także sprzęt kuglarski: świecące POI, palne kije, pochodnie i trochę paliwa, z zamiarem dorobienia trochę grosza na europejskich rynkach.

Dzień I :

Około 10.00 po ponownym sprawdzeniu wszystkiego, spakowaniu się i ustawieniu jakiegoś debilnego opisu na gg wyszliśmy z domu w Malborku, kierując się drogą nr 22 na zachód. Dziwnie tak było wychodzić ze swojego miasta tylko z plecakiem nie mając transportu, gdzie zawsze się wyjeżdżało tą samą drogą samochodem.. Trochę za miastem była stacja benzynowa i obok parkingi dla tirów, więc postanowiliśmy najpierw tam spróbować. Było tam paru kierowców i od nich dowiedzieliśmy się ważnej rzeczy. W weekendy tiry nie jeżdżą, zwykle rzadko biorą autostopowiczów a do tego jak już kogoś biorą to tylko jedną osobę – takie jest teraz prawo. Więc tiry musieliśmy sobie chwilowo odpuścić. Znaleźliśmy odpowiednie do łapania stopa miejsce i po 30 minutach złapaliśmy pierwszego stopa. Był to bus dostawczy(rodzaj transportu który chyba najczęściej łapaliśmy) z bardzo miłym kierowcą byłym woodstockowiczem który jechał po transport płytek ceramicznych do Starogardu Gdańskiego (oddalonego  o 40km od Malborka), gdzie nas zostawił. Wyszliśmy w centrum miasta, więc mieliśmy kawałek do przejścia, aby dostać się na wylotówkę. Z ciężkimi plecakami i wielkim upałem nie była to najmilsza przechadzka. Po godzinie ;/ szukania odpowiedniego miejsca do łapania w końcu je znaleźliśmy. Następnym stopem był także bus, z kobietą, która mówiła że w młodości też kiedyś jeździła w taki sposób po Europie. Zawiozła nas niedaleko, bo tylko 15 km, wciąż drogą nr 22 do Zblewa. Nadrobiła dla nas trochę drogi i wywiozła w bardzo dobre miejsce. Po 10 minutach złapaliśmy kolejnego stopa – samochód osobowy z Polakiem-Szwajcarem jako kierowcą. Przewiózł on nas 140 km, drogą nr 22 aż do skrzyżowania tej drogi z drogą nr 11. Jechaliśmy na zachód, więc woleliśmy się trzymać naszego planowanego szlaku komunikacyjnego czyli drogi nr 22. Okazało się jednak że od tego skrzyżowania droga ta nie jest tak ruchliwa, szczególnie w weekend.. Następnie w tym nie za fajnym miejscu łapaliśmy stopa przez półtorej godziny, kiedy w końcu zatrzymała się ciężarówka z gruzem i typowy wiejski miły człowiek zawiózł nas 30 kilometrów do najbliższej mieściny – Wałcza. Wysiedliśmy i dosyć dużo czasu zajęło nam dojście do kolejnego odpowiedniego miejsca do stania. Ruch bardzo kiepski, już traciliśmy nadzieję, że daleko jeszcze tego dnia pojedziemy. Ciekawym, a zarazem smutnym zjawiskiem był martwy kot przygnieciony kołpakiem na poboczu jezdni. Musiał mieć niewiarygodnego pecha, żeby zginąć od czegoś tak nieprawdopodobnego.. Po dwóch godzinach czekania wreszcie nadszedł ratunek. Zatrzymał się obok nas samochód osobowy gdzie Pani Aneta i jej córka Agniesia „zlitowały” się nad nami i postanowiły pomóc w podróży. Pierwsze kilkadziesiąt kilometrów przejechaliśmy z naszymi plecakami na kolanach, bo bagażnik był mocno zapchany. Po miłej konwersacji dostaliśmy propozycje, że zawiozą nas aż do Belgii, do miasta Genk(prawie 1000km!!). Po chwili zastanowienia i ich namowami zgodziliśmy się. W końcu jakiś konkretny krok na przód! Przez 14 godzin jazdy odbyliśmy parę godzinnych przystanków na drzemkę i tankowanie.

Dzień II
Dojechaliśmy do Genk w Belgii około godziny ósmej. Pani Aneta zaprosiła nas na śniadanie wraz ze swoją rodziną gdzie jedliśmy przywiezione przez nią z polski ciasto i szynki..Wypiliśmy herbatę, o 9.00 wyszliśmy od nich i na do widzenia jeszcze pani Aneta odwiozła nas na dogodne do dalszego łapania stopa miejsce przy zjeździe na autostradę. Pogoda była trochę mokra, trochę deszczowa i stało się nieprzyjemnie.. Już myśleliśmy że w Belgii trudno coś złapać no ale po dwóch godzinach w końcu ktoś się zatrzymał. Nie przejechaliśmy daleko bo za 30km skręcał z naszej trasy i wysiedliśmy na zjeździe. Następny stop był także krótki bo tylko kilka km do następnego zjazdu. Po dotarciu dzięki jeszcze jednej rodzince dotarliśmy na duży parking na obrzeżu Brukseli. Na tym parkingu – a był to podobno jeden z największych w okolicy mieliśmy spore nadzieje na konkretnego stopa. Zatrzymaliśmy się tam trochę na odpoczynek, rozłożyliśmy się i zjedliśmy ostatnie kawałki polskiego chleba z jakże dobrymi polskimi konserwami. Przestudiowaliśmy mapę i wybraliśmy się na łowy. Z parkingu zabrał nas młody pan z miasta Leuven, gdzie właśnie jechał. W rozmowie z nim i po widocznych kolorowych opaskach na jego ręku dowiedzieliśmy się że jedzie na festiwal w tym właśnie mieście. Jak się okazało był to chyba największy rockowy belgijski festiwal a my akurat na niego trafiliśmy! Wysadził nas w centrum miasteczka, przeszliśmy się po centrum i pozwiedzaliśmy ogólnie miasto. Okazało się że nie jest to byle jaka mieścina ale bardzo zabytkowe miasto ze spektakularnym ratuszem na rynku głównym. Ratusz ten bardziej nam się podobał nawet od tego którego zobaczymy później w Brukseli.. Część ulic, gdzie odbywał się rockowy festiwal była ogrodzona i wstęp był możliwy tylko wykupując bilet za chyba 30 euro.. zrezygnowaliśmy więc z uczestniczenia w tym wydażeniu i postanowiliśmy jeszcze tego wieczora zwiedzić Brukselę(a dochodziła godzina 18). Postanowiliśmy więc przejechać się tutejszym pociągiem. Bilety kosztowały koło 6 euro tylko ze względu że była niedziela i że my studenci(w inne dni chyba 11 euro). Warto wspomnieć że cała Bruksela, stacja kolejowa jak i pociąg sprawiły wrażenie bardzo nowoczesnych. Pociąg był tak cichy że nie słychać było nawet jak jechał. Tym samym pociągiem jechała oczywiście Polka, z którą weszliśmy w miłą rozmowę. Opowiadała o swoim życiu w Brukseli, o tym że życie jest coraz droższe, sporo sklepów które od wieków działały poupadało i ogólnie o nadchodzącym kryzysie europejskim(co się niestety sprawdziło..). Jechaliśmy około 30 minut. Z dworca było dosyć blisko do centrum, dzięki pani Polce szybko tam trafiliśmy. Pierwsze czego zaczęliśmy szukać to informacja turystyczna, ponieważ plecaki nam już ciążyły, chcieliśmy je gdzieś odłożyć, a poza tym wypadało by coś w końcu znaleźć na nocleg. IT było na placu głównym, gdzie zatrzymaliśmy się na jakiś czas podziwiając okolicę i robiąc zdjęcia. Skoro i głodni byliśmy znaleźliśmy nieopodal całkiem smaczną i tanią turecką pizzerię. Wróciliśmy na rynek i w sumie nie mieliśmy jakoś pomysłu co robić bo pola namiotowe za daleko, hotele za drogie. Dobrym pomysłem były puby gdzie spędzaliśmy odpoczynek przy znakomitym belgijskim piwie. Co jak co ale piwo mają oni dużo lepsze niż piwa polskie(albo tak nam się chciało pić). Jedną z naszych ambitniejszych i lepiej trafionych myśli na którą wpadliśmy dopiero po paru godzinach to to że w Brukseli jest Metro! Gdy odkryliśmy tą oczywistą rzecz całe miasto stanęło przed nami otworem. Pojechaliśmy między innymi pod słynny Atom, gdzie nakręciliśmy kuglarskie filmiki. No ale w końcu ciemno się robiło i trzeba było iść jakoś spać. Mieliśmy jeszcze cichą nadzieje że złapiemy stopa nocnego do Paryża, no ale tylko cichą nadzieję. Metro akurat tak fajnie jechało że ostatnia stacja była na obrzeżu miasta przy autostradzie. Wyszliśmy z metra i około 500 metrów dalej znaleźliśmy już świetne miejsce na namiot🙂 Był to dosyć spory pagórek, taki wał przy autostradzie, który ewidentnie był nieużytkiem, więc trzeba było go spożytkować. Dziwna trawa sięgała do półtora metra i praktycznie z żadnej strony nie rzucaliśmy się w oczy. Rozbiliśmy więc namiot na tej górce i bezpiecznie poszliśmy spać, sącząc oczywiście zakupione butelki tego dobrego belgijskiego piwa🙂

Dzień III
Noc była udana na tej Górze Nieurodzaju Bezpośrednio Przy Autostradzie Na Obrzeżu Brukseli. Nikt nas nie zaatakował ani nie wygonił ani nawet nie przyszedł pogadać. Gdy więc się wyspaliśmy, koło godziny 10.00 wstaliśmy no i byliśmy głodni i trochę nie świeży.. Więc potrzebne było szybkie rozejrzenie które poskutkowało tym, że gdy wystawiliśmy głowy znad trawy ujrzeliśmy piękny napis IKEA! Zgodnie z miejską techniką survivalu poszliśmy więc tam najeść się smacznie w ichniej restauracji, odświeżyć w toalecie i obejrzeć ofertę sklepu🙂. Mają identycznie to samo co u nas, te same łóżka, fotele i kanapy, nawet pulpety tak samo smakują. Po przyjemnościach związanych z potrzebami fizycznymi znaleźliśmy miejsce dogodne do łapania stopa na wjeździe na autostradę i chwile potem zabrała nas ciężarówka z kierowcą Jugosłowianinem, który nas wódką częstował.. Przewiózł nas tylko 15km, ale grunt że byliśmy dalej za miastem. na następnego stopa czekaliśmy trochę dłużej. Zabrała nas rozrywkowa kobieta, jadąc autem z otwartymi szybami, fajką i popijając piwko(mówiła że pierwsze(ale nie ostatnie niestety..)). Nie poruszaliśmy się dosyć szybko tego dnia. Wiozła nas ona 30 minut, później trafiliśmy na pewnego Turka – kolejne 30 minut, i jakieś radosne gwiżdżące małżeństwo  – 20 minut. Następnie z jakieś 2 godziny podwiózł nas młody chłopak słuchający hip hopu. Wziął nas i od razu zjechał z autostrady i jadąc przez jakieś małe miasteczka zapewniał że jedzie tam gdzie chcemy.. Lekki stres był ale uwierzyliśmy mu na słowo no i dowiózł nas w ciekawe miejsce do łapania kolejnego stopa. Trafiliśmy tam po niedługim oczekiwaniu także na młodego chłopaka z mega głośnikami w bagażniku z których ciągle leciała ostra muzyka. Wywiózł nas nad autostradę, ale bez widocznego wjazdu na tą autostradę.. więc musieliśmy zejść, znaleźć pobocze i łapać stopa bezpośrednio na niej.. trochę postaliśmy w tym niebezpiecznym miejscu i na szczęście zatrzymał się Turek z Francji, bardzo pomocny i z przyjaznym nastawieniem chciał nas zawieść jak najdalej. Zostawił nas przy płatnych bramkach, gdzie mogliśmy mieć dobrą okazje złapać tira stojącego na parkingu, bądź wjeżdżającego na autostradę przez bramki. okazało się że na parkingu stacjonowało paru polaków. Mieli jednak pokończone limity godzin i nie mogli jechać dalej. Staliśmy więc z karteczką Paryż przy bramkach na autostradzie i po jakiś 30 minutach zatrzymał się po nas kolejny Turek w białym, angielskim busie, jadący prosto do Paryża. Widać coś w tym jest że czym bardziej ze wschodu ktoś jest, tym bardziej pozytywnie jest nastawiony do autostopowiczów. O ile pamiętam nie był zbyt rozmowny, wiózł jakiś towar do paryskich sklepów. Ciekawe doświadczenie było jadąc takim busiem i siedząc na miejscu gdzie powinna być kierownica a jej nie ma.. Wysadził nas on bezpośrednio w Paryżu, wskazując kierunek metra i prawdopodobnej lokacji informacji turystycznej. Pożegnaliśmy się i wysiedliśmy w końcu w Paryżu🙂 Metro było niedaleko. Przechodziliśmy koło paru słynnych rzeczy ale jeszcze to nie było zwiedzanie bo było późno i priorytetem było jakieś ogarnięcie się w temacie co robić przez noc. Po dojściu okazało się że informacja turystyczna już jest zajęta, więc poszliśmy do metra i naginając przepis ticket zone pojechaliśmy sobie pod wieże Eifle’a. Skoro nie wiedzieliśmy gdzie spać to postanowiliśmy nie spać i chodziliśmy/siedzieliśmy z plecakami całą noc pod i w okolicach wieży. Ciekawe było to doświadczenie, bo choć byliśmy zmęczeni, plecy bolały od plecaków, to byliśmy w końcu u celu podróży🙂. Pogoda była niesamowicie przyjazna, było rześko i ciepło aż tak, że po chwili się rozpadało i pół nocy przesiedzieliśmy półprzytomni w parku lub na przystankach autobusowych. Musieliśmy przeczekać do godziny 10 rano, kiedy mieli otworzyć informacje turystyczną gdzie mieliśmy zasięgnąć informacji o dostępnych schroniskach młodzieżowych i atrakcjach.

Zabrakło nam czasu i chęci na dokończenie relacji z Paryża i drogi powrotnej. Ale cel osiągnięty😉

Ten wpis został opublikowany w kategorii Autostopem do Paryża 2008 i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Autostopem do Paryża 2008 – Adam i DD + filmik

  1. martyna pisze:

    Ile potrzebowaliście (ile zabraliście) euro aby czuć się bezpiecznie w razie awaryjnych sytuacji?

    • kemadas pisze:

      Nie braliśmy specjalnie dużo (ale mieliśmy pieniądze na karcie). Wydaliśmy po 100 euro (większość na nocleg w Paryżu :)). Generalnie to ile pieniędzy zabrać zależy od Twoich potrzeb – czy w razie burzy jesteś w stanie się przespać pod stacją benzynową czy wolisz spać w hostelu.. jak masz namiot i trochę jedzenia to możesz się czuć w miarę bezpiecznie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s