Fez

No i lecimy. Maroko.

Jestem bardzo zawiedziona, kiedy nad Fezem samolot wlatuje w gruuube chmury.Eh, chcieliśmy słońca, a będzie zimno – narzekamy. Nic bardziej mylnego. Gdy tylko wysiadamy z samolotu zalewa nas fala gorąca. Dziwny, suchy upał. O dziwo najgorszy jest wiatr, który jakimś cudem jest gorętszy niż powietrze! I zamiast chłodzić parzy w twarz.

Czekamy na busa spokojnie opędzając się od taksówkarzy. Po pół godzinie dajemy się namówić na taksę, której cenę zbijamy do 60 Dh (z perspektywy – to wciąż bardzo drogo). Cieszymy się  z pierwszego „udanego” targowania. Nie tak prędko.. Kierowca zawozi nas niewiadomo gdzie (wciąż 1 km od medyny) swoją mocno sfatygowaną BMKą, ale kiedy Adam podaje mu banknot 100Dh on wydaje nam tyko 30.. Próbujemy się wykłócać ale sprawa jest z góry przegrana. Cóż, pierwsza lekcja – W Maroku zawsze należy mieć drobne!

DSCF7050DSCF7047DSCF7052

Ruszamy przed siebie – jest mega gorąco, sklepy pozamykane.. – Ramadan. Chcemy kupić chociaż wodę. Po pewnym czasie widzimy Mc Donalda i przyspieszamy na myśl o litrach zimnej coli. Nic z tego, nawet amerykańskie demony ulegają tutejszej religii. Mc Donald będzie znów czynny o.. 23

DSCF7039 DSCF7041

Piszemy smsy do hostów, którzy mieli nas przenocować – zero odzewu. Po krótkiej drzemce w parku, pod ogromnymi palmami ruszamy na poszukiwania noclegu (i znów – z perspektywy czasu – dziwię się, że do tej pory nocleg sam nas nie znalazł). Wchodzimy do paru piekielnie zapuszczonych hostelików orientując się w cenach (100-120dh za dwie osoby) i pojawiają się.. naganiacze!

– U look for a cheap hostel? How much?

-80 dh odpowiadamy

-ok. (coś łatwo poszło)

Chłopiec prowadzi nas przez wąskie uliczki w których już dawno byśmy sie zgubili. Lewo, prawo, lewo, lewo, prawo i wchodzimy w chłodną uliczkę prowadzącą do dużego domu. Po długich dyskusjach z nim i panią domu, kilkukrotnym chwytaniu bagażu i innych zabiegach udaje się zostać przy cenie 80dh. Pozostaje nam tylko zbyć naszego „frienda” – to jest odmówić: haszu, oprowadzania, haszu, zabrania nas do restauracji, haszu, zabrania nas do łaźni, haszu i możemy się przespać.

DSCF7083

Kiedy robi się ciemno wychodzimy znów na miasto – wybieramy „niewłaściwy” kierunek i już po chwili ktoś za nami biegnie – hasz? wanna fly my friend? what are you looking for my friend? Nie da się od nich odgonić. Najbardziej irytujący są ci wołający „nothing interesting there, my friend.. Come with me!”.

Wędrujemy przed siebie aż spotykamy chłopców zapraszających do Tenerie – czyli farbiarni skór. Follow me – mówi jeden z nich. Ok.. Naiwnie idziemy za nim. Zabiera nas na dół pomiędzy kotły, oraz na górę – na taras widokowy. Jest pięknie (chociaż dość cuchnąco). Po chwili pojawiają się kolejni chłopcy. Częstujemy ich papierosami, rozmawiamy, potem prowadzą nas do sklepiku z kosmetykami, organizują krótką randeczkę ze sprzedawcą wycieczek po pustyni. Z grzeczności oglądamy, słuchamy, udajemy zainteresowanie. Po chwili okazuje się, że mogliśmy sobie darować, gdyż nasz litościwy przewodnik za całą wycieczkę rząda od nas 20euro (czyli dwukrotnie więcej niż trzeba zapłacić za 3godzinną wycieczkę). W końcu po długiej kłótni dajemy im 10 euro i czując się niefajnie wracamy do domu.  Przynajmniej mamy lekcję drugą, która przyda się na cały pobyt – za nikim nie iść, a jeśli wydaje się naprawdę miły i uczciwy powiedzieć z góry, że mu nie zapłacisz.

DSCF7067DSCF7071

Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s