Pustynia – czyli jak zostaliśmy uwięzieni na pustyni i o ludziach ekstremalnie miłych i tych ekstremalnie niemiłych

Smutno nam opuszczać Fez. Polubiliśmy siedzenie na murku w medynie i obserwowanie przechodzących ludzi. Tu jest bardzo leniwie, szczególnie teraz – podczas Ramadanu. Nie dość, że koszmarnie gorąco, to jeszcze trzeba cały dzień wytrzymać bez jedzenia i picia.
Jedziemy busem. Okazuje się, że taka wyprawa to niezłe zamieszanie – mamy okazję poczuć czym jest Ramadan dla miejscowych. O ile w mieście spokojnie jedliśmy w czasie dnia (chociaż raczej dyskretnie i w hostelu) to głupio nam robić to w autobusie. Czekamy więc ze wszystkimi na zachód słońca (a razem z nami kupione na drogę winogrona, banany, placki..). Autobus staje po drodze przy źródle z kranami i każdy wychodzi napełnić zabrane ze sobą butelki cudowną, lodowato zimną wodą.

O! Chyba oficjalnie zaszło słońce, bo wszyscy zabrali się za picie. Czemu nie jedzą? Odpowiedź przychodzi po paru minutach, kiedy autobus zatrzymuje się przy barze, gdzie cały posiłek już czeka. Wystarczy wziąć to na co mamy ochotę – zupa harira już rozlana do talerzyków, róże placki, owoce, baklawa, sok, herbata – płaci się dopiero po zjedzeniu. Wszyscy ochoczo zabierają się do jedzenia – my nie jedliśmy nic od 12, oni od 4.30…

W Rissani lądujemy o 1.30. Środek nocy. Decydujemy się posiedzieć do rana na karimatach. Wystarczy odgonić pare karaluchów, psów oraz wychudzonych kotów i można spokojnie przeczekać. Niestety trudniej odgonić przedsiębiorczych jak zwykle marokańczyków.. Jednak tej nocy jest inaczej – spotykamy dwie naprawdę miłe osoby. Pierwsza to głuchoniemy chłopak. Mimo, że nie rozumiemy nawet tego co pisze, bo posługuje się arabskim alfabetem udaje nam się świetnie dogadywać. Zbiegają się dzieciaki, słuchają z zainteresowaniem, oglądają mapę Europy i polskie monety – może po raz pierwszy widzą w europejczyku kogoś innego niż naiwniaka, źródło łatwego dochodu (tak, panuje powszechna opinia, że jesteśmy niezmiernie głupi i naiwni + oczywiście nieskończenie bogaci).

DSCF7180DSCF7185DSCF7193DSCF3125

Nad ranem podchodzi do nas także dostojny, pięknie ubrany mężczyzna wracający z modlitwy w towarzystwie trzech kobiet w burkach. Oferuje nam nocleg (i to nie w hostelu, tylko w swoim prywatnym domu). Z przykrością odmawiamy, bo czekamy na umówiony busik, który przyjeżdża o 6 czyli już za półtorej godziny. Szkoda.. to byłoby na pewno ciekawe doświadczenie.

Rano wsiadamy do samochodu 4×4 i ruszamy na pustynię. Wiemy już, że nie jedziemy wcale do merzougi tylko 7 km dalej, ale chłopak – naganiacz zapewnia, że będzie tam 30 różnych hoteli i możemy sobie wybrać, w którym chcemy zostać. Niestety to bzdura. Zostajemy dowiezieni do piaskowej twierdzy, która co prawda wygląda imponująco, ale atmosfera okazuje się nie najlepsza. Okazuje się, że pozostałe hotele są w odległości 1km jeden od drugiego (a przy 40 stopniach upału, na pustyni to naprawdę daleko).

Nasz kochany naganiacz zapewnia, że nie musimy tam zostawać.
-A jest jakiś transport z powrotem do Rissani albo do Merzougi? – pytamy
-Nie
DSCF7195DSCF7213
No to rzeczywiście mamy duży wybór.. Możemy np. spędzić dzień i noc na pustyni. Kontrolnie robimy wycieczkę do najbliższego hotelu, ale jest bardzo drogi a transportu też nie ma. Atmosfera u nas jest o tyle zła, że czujemy ogromną presję na wycieczkę na wielbłądach – nasza odmowa nie zostaje zbyt dobrze przyjęta (a nas zwyczajnie nie stać na takie ekstrawagancje..). I tak oto stajemy się niemilie widziani. Wieczorem okazuje się, że skoro nie jeździmy na wielbłądach to powinniśmy przynajmniej mieć na tyle przyzwoitości, żeby zamówić full menu z restauracji. I nie, same główne danie nie wchodzi w grę – mamy wziąć wszystko albo nic. Mimo, że cena jest znośna to nie podoba nam się takie przymuszanie i nie bierzemy nic. Zadowalamy się plackami z cebulą i pomidorkami, które przezornie mieliśmy ze sobą.

DSCF7194DSCF7198

Do nocy właściciel robi nam jeszcze kilka nieprzyjemności – np. każe płacić za basen. Zaciskamy zęby i postanawiamy mimo wszystko cieszyć się pustynią, która sama w sobie jest niesamowita. Niestety nie bezludna i tak oto spotyka nas kolejna wesoła przygoda. Kiedy odeszliśmy już jakiś kilometr od hotelu – wgłąb wydm znikąd wyłonił sie berberski chlopak. Nie potrafi mowic w zadnym obcym jezyku? nie szkodzi…rysuje na piasku wielblada po czym rozklada maly straganik ze skamienialosciami. -camel trek? maybe fossils?  – nie sa się od nich uwolnić!

DSCF7206DSCF7199

Kiedy wyruszamy pieszo oglądać wschód słońca widzimy, że rezygnacja z wielbłądzich atrakcji była dobrym pomysłem. Wycieczka na wschód słońca wygląda tak, że Berber prowadzi wielbłądy za pierwszą wydmę, która zasłania hotele po czym wszyscy stali bywalcy (czyli on i wielbłądy) idą spać. A turyści mogą podziwiać.. Ogólnie wszystkie wielbłądy chodzą tą samą autostradą po pustyni. I mimo, że niesamowicie pociągają mnie te tajemnicze zwierzaki to jest to atrakcja do bólu komercyjna. A z wielbłądami jeszcze kiedyś poznamy się bliżej.

A na wydmy spokojnie można pójść piechotą!!!

DSCF7233DSCF7348 DSCF7330 DSCF7323 DSCF7289 DSCF7279

Ten wpis został opublikowany w kategorii Maroko 2012 i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s