Istambuł 2011 – pełna relacja

A wersja z podziałem na dni i zdjęciami tutaj https://kochamautostop.wordpress.com/category/istambul-2011/

1. POCZĄTKI

Na początku czerwca 2011 roku postanowiliśmy coś zrobić ze zbliżającymi się wakacjami i pojechać na dalszą wyprawę. Nie mieliśmy długo konkretnego pomysłu przez zawał głowy związany z sesją na uczelni, pracą i ogólnym letnim odurzeniem. Pewnego razu podczas wycieczki do supermarketu, natknęliśmy się na witrynę biura podróży pozalepianą drukowanymi kartkami A4 z ofertami wycieczek. Szukaliśmy miejsca na wyprawę, ustaliliśmy już że pojedziemy autostopem, ale z braku czasu raczej tylko po Europie. Ale jednak Europa wydaje się wszędzie taka sama, wszędzie komercja i podobna ludzka mentalność. Wszędzie cywilizowane zachowania i reguły. Wszędzie drogo.. Naszą uwagę przykuł więc ISTAMBUŁ! Też Europa, ale również Azja, co rozwiązało nasze problemy. Rozmowa była więc krótka:

– Istambuł? – spytała Agata
– Istambuł. – odpowiedział Adam
– ok. – powiedziała Agata
– no, ok. – zgodził się Adam

Tak zdecydowaliśmy, że kierujemy się w stronę Istambułu, nie martwiąc się jednak na zapas czy tam w ogóle dojedziemy.

2. PRZEZ BERLIN

Pierwszą trasą, która przy okazji miała być dla nas sprawdzianem było przejechanie autostrady ze Szczecina do Berlina. Ze Szczecina wydostaliśmy się transportem miejskim w kierunku drogi na autostradę. Cieszyliśmy się że opuszczamy Polskę, bo do tamtej pory każdy dzień był deszczowy. Miało być łatwo i przyjemnie, lecz nic z tego. Staliśmy w deszczu przez trzy godziny mokrzy i chorzy(w przypadku Agaty), lecz z determinacją aby do Berlina jednak dotrzeć.

W końcu zatrzymał się samochód. Kierowca niewiele mówił, ale podwiózł nas na autostradę. Byliśmy dość sceptyczni, bo w końcu łapanie stopa na autostradzie jest nielegalne a samochody jeżdżą bardzo szybko. Mimo wszystko okazuje się, że był to dobry pomysł. Po pięciu minutach wsiedliśmy do auta prowadzonego przez eks-inżyniera ze stoczni gdańskiej, jadącego prosto do Berlina. Nasz kierowca wysadził nas gdzieś na Kreuzbergu (sam nie do końca potrafił pokazać na mapie gdzie jesteśmy), ale szybko trafiliśmy na stację S-Bahnu.

Pierwsza rzecz, którą zobaczyliśmy w Berlinie – budka Doner Istanbul! Pomyśleliśmy, że to chyba pierwszy i ostatni Istambuł jaki zobaczymy podczas tej podróży (no chyba, że w Berlinie to popularna nazwa dla budki z kebabem). Przez ten słaby początek trochę wątpiliśmy czy uda nam się gdziekolwiek dalej dojechać. Teraz wystarczyło już tylko trafić do mieszkania naszego znajomego – Ossiego. Mieliśmy adres oraz mapę, więc powinno być łatwo. Niestety nie tym razem. Błądziliśmy przez kolejne dwie godziny, jadąc w zupełnie złe miejsce (bardzo podobna nazwa ulicy, na mapie zakreślona kółeczkiem). Agata zwaliła wszystko na mapę (która jest z 1993 roku), nie wspominając, że źle zapisała nazwę ulicy(literówka) i dlatego nie mogliśmy jej znaleźć w indeksie. Koniec końców trafiliśmy do Ossiego I mogliśmy wypocząć po pierwszym etapie podróży i przygotować się do zwiedzania Berlina.

Ossie i Paul

Naszymi gospodarzami w Berlinie byli Ossi i Paul. Obaj są przyjaciółmi rodziny Agaty. Ossi jest Chilijczykiem, który w dniach świetności żył tylko w lato(zmieniał co pól roku półkule). Ma małe mieszkanko na Kreuzbergu i wciąż żyje jak student. Paul jest Niemcem, który zjeździł masę świata stopem i wszystkim czym się da. Ma pokój pełen zdjęć z podroży z całego świata oraz, co ciekawe, Las egzotycznych zieloności na balkonie: „nur fur relaks”. Ma tez pingwina maskotkę, którego daje rożnym podróżnikom aby zrobili mu fotkę w znanych na świecie miejscach. Pingwin był już na niemal każdym kontynencie i w każdym większym mieście. Nie był jednak w Istambule, wiec pojechał z nami na wyprawę wraz ze swym ogromnym szczęściem i doświadczeniem w podróżowaniu. Taki pingwin-weteran to dobry temat dla kierowców, ludzi co nas gościli oraz dobra motywacja do nie zgubienia go i osiągnięcia celu.

Dzień wyjazdu z Berlina

Wstajemy rano, za oknem leje. Nie wiem czy to deszcz czy już po prostu ściana wody. Paul podwozi nas na stację benzynową. To najlepsza opcja dla nas żeby szybko wyjechać z Berlina. Po chwili stania na stacji podchodzi do nas fajny facet. Długie włosy, kolczyki, około 40stki. Sam pyta czy może nas gdzieś zabrać. Dobry początek. Całą drogę z Berlina pod czeską granicę przegadujemy o życiu i motocyklach.

Kiedy już zbliżamy się do miejsca w którym nasz kierowca powinien zjechać z autostrady, zaczynamy szukać stacji benzynowej, gdzie mógłby nas wysadzić. Nic z tego. Przez kolejne 70 km nie ma żadnej stacji, parkingu, nic. Nasz kierowca podwozi nas aż do granicy z Czechami, nadkładając 40 km drogi. Jest przy tym przemiły. Jedzie do babci, ale mówi nam, że nie może się jej przyznać do podwożenia autostopowiczów, więc po prostu powie, że były duże korki. Jeszcze raz dzięki! Okazuje się, że musi kupić winietę, a nie akceptują Visy (dlaczego Niemcy w połowie miejsc nie akceptują visy??). Płacimy za jego winietę, co sprawia, że czuję się odrobinkę lepiej wobec niego😉

Siadamy na chodniku. Kłócimy się kto pierwszy zapyta jakiegoś kierowcę, kiedy podbiega do nas kobieta i pyta czy nas nie podwieźć. Jesteśmy w szoku i postanawiamy kochać Niemców do końca wszechświata. Podwozi nas małżeństwo. Kierują się aż do Wiednia, my wysiadamy przez Pragą. Są przemili a pani potrafi powiedzieć po polsku ‘muszę siku’.

Wysadzają nas na stacji, 20 km przed Pragą skąd szybko łapiemy kolejnego stopa i po 30 minutach jesteśmy w czeskiej stolicy, tuż przy stacji metra. Berlin – Praga to 5 godzin podróży, nasz rekord na dystanse dłuższe niż 200 km… Dziwimy się, że było tak łatwo.

3. EKSPRESOWA PRAGA

Do Pragi dotarliśmy około godziny 16. Piszę o godzinach, ponieważ ważne jest kiedy się dotrze do celu gdy się podróżuje stopem. Wysiedliśmy przy metrze na obrzeżach miasta. Po oględzinach planów metra i transportu publicznego uznaliśmy, że bardzo łatwo się wszędzie
dostać. Praga nie jest wielkim molochem jak Berlin czy pozostałe miasta o których później. Czesi mają ładnie i czytelnie wszystko wyjaśnione poza.. BILETAMI! Jeśli się podróżuje przez tyle krajów co my zaplanowaliśmy, nie szykuje się torby pełnej zbędnego i ciężkiego bilonu, a w tym mieście automaty biletowe są na monety(choć trzeba im przyznać ładne mają te monety). W kioskach nie przyjmowali naszych kart płatniczych, więc trzeba było zapieprzać z plecakami w poszukiwaniu bankomatów których też nie było na pęczki. Inna sprawa, że nie nadjechaliśmy jak każdy turysta od strony dworca albo lotniska, co trochę usprawiedliwia Czechów.

Umówiliśmy się z naszym hostem z couchsurfingu o wdzięcznym nicku Bee, że nas odbierze na konkretnej stacji metra. Szybko tam dojechaliśmy, chwilę poczekaliśmy no i pojawiła się. Miało to być nasze pierwsze doświadczenie w spotkaniu kogoś kto chce nas bezinteresownie przyjąć na noc i drinka, no i nie zawiedliśmy się. Bee okazała się bardzo wesołą 20-latką, przyjechała po nas samochodem.. Po dotarciu i rozpakowaniu się w jej mieszkaniu, wyszliśmy sami zwiedzać miasto.

Byliśmy zmęczeni, a gdy się jest zmęczonym to największa ochota nachodzi na zjedzenie czegoś, wypicie piwa i odpoczynek. Jednak był już wieczór a chcieliśmy zwiedzić Pragę, przynajmniej po łebkach. Było to trochę na siłę i w pośpiechu, bo mieliśmy do przejścia całe
stare miasto, a już się ściemniało. Do tego wszystkiego umówiliśmy się o 22 z Bee na piwo i chcieliśmy być jeszcze przytomni.

Zwiedzanie na szybko nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy. Jak już pisałem, praskie zabytki interesowałyby wypoczętych i najedzonych nas o wiele bardziej. Postanowiliśmy ograniczyć nasze zwiedzanie do Hradczanów i Mostu Karola. Zaczęliśmy zwiedzanie od Złotej uliczki, na którą wejście wieczorami jest darmowe.. NAJBARDZIEJ przereklamowana praska “atrakcja”. Nie dość że normalnie wejście na ulice płatne, to tych małych domków złotników z mikro drzwiczkami i oknami jest może z 6.. Okolice zamku za to bardzo ładne. Szkoda tylko że wszystko jest na górze, bo trzeba się nieźle nachodzić.. Zrobiliśmy kilka zdjęć z pingwinem,

sobie razem oraz osobno i ruszyliśmy w dół pięknej starówki na poszukiwanie kluczowych składników – PIWA I PIZZY..  Trochę smutno że tak mało czasu i chęci mieliśmy na to miasto, ale postanowiliśmy tu jeszcze wrócić i zobaczyć wszystko na spokojnie.. no i tak zrobiliśmy😉

Jeszcze trzeba wspomnieć o późno-wieczornym wyjściu do pubu. Obrzeża Pragi, tradycyjny czeski pub, a piwo tragicznie zwykłe (nawet nie mieli ciemnego piwa na które tak czekaliśmy). Co najgorsze zamykają o 23!!! Udało się jednak przenieść do innego pubu, standardem jeszcze gorszy, lecz po trzecim piwie całkiem miło tam się siedziało i rozmawiało o życiu i takich tam. .

Pragę ogólnie wspominamy dobrze, choć do miasta zwiedzonego w biegu i tylko z zewnątrz mieliśmy wrócić w drodze powrotnej, więc bez żalu poszliśmy spać, aby rano wyruszyć dalej – w stronę Budapesztu.

4. Z PRAGI DO WIEDNIA

Godzina 6, dzwoni budzik,  i tu dotkliwie poznajemy pierwszy minus couchsurfingu – konieczność dostosowania się do planów hosta. Bee wyjeżdżała z miasta więc zrzuciła nas z łóżka o 6 rano (i na wielkim kacu).

Metro, wysiadamy na ostatniej stacji, krótkie zakupy i ok. 1,5 km na piechote wzdłuż autostrady. Dochodzimy do zjazdu. I tam niespodzianka – jest 9.30 i ustawiła się już KOLEJKA do łapania stopa. 3 chłopaków z karteczkami, jeden za drugim. Co zrobić.. Na zjeździe nie ma już nawet miejsca dla nas więc próbujemy łapać na autostradzie. Mijają dwie godziny, nikt się nie zatrzymał. Ani dla nas, ani dla chłopaków stojących na zjeździe.

Przejeżdżający policjanci zamiast się zlitować i nas podwieźć do stacji benzynowej, tylko przyspieszyli i przejechali nam prawie po stopach. Zmieniamy miejsce, czekamy, w końcu czesi złapali stopa i stajemy na zjeździe (znowu w kolejce, tym razem za jakąś dziewczyną z psem). Mija pół godziny i zabiera nas pan Czech (niestety może nas podwieźć tylko 20
km). Tłumaczę mu w trzech językach, że chcielibyśmy wysiąść na najbliższej stacji benzynowej(GAS STATION, TANKSTELLE). Pan Czech uśmiecha się i kiwa głową. Stwierdza nawet, że to logiczne – na stacji przecież łatwiej złapać stopa. Mijamy jedną stacje, następną, proszę o wysadzenie, ‘spoko, spoko’ mówi pan Czech, a za 10 minut wysadza nas na kolejnym ZJEŹDZIE (!), który jest jeszcze gorszy od poprzedniego (zero pobocza, jeden samochód co 5 minut albo i rzadziej).

Jest gorąco, kończy się woda, tuż obok jest posterunek policji, więc boimy się łapać na autostradzie. Zaczynam się zastanawiać czy nie wrócić do Pragi.

Po 2 godzinach Adaś staje przy autostradzie i praktycznie od razu zatrzymuje się samochód jadący zjazdem. Czeszka za kierownicą zatrzymała się, żeby nas poinformować, że nie wolno łapać na autostradzie, ale na szczęście postanawia zabrać nas ze sobą. Mówi, że trafiliśmy na święto Cyryla i Metodego, dlatego jest słaby ruch.  Próbuje z nią rozmawiać ale idzie to naprawdę opornie. Jakoś nie możemy się dogadać z Czechami, niezależnie od tego czy mówią po angielsku, niemiecku czy tylko po czesku. Po prostu nie ma porozumienia.. Podwozi nas 100 km, do stacji i dalej jest dużo łatwiej.
Stąd już tylko dwa samochody (w tym bardzo miły, młody Słowak z którym rozmawiam w 4 językach jednoczesnie – on mówi po słowacku i niemiecku, ja po polsku i angielsku – o dziwo całkiem nieźle się rozumiemy i Czech, który nas zabiera bo schlebiło mu to, że go zapytaliśmy – jego zdaniem to dowód na to, że wygląda na dobrego człowieka – z resztą rzeczywiście okazuje się być dobry i podwozi nas 20 km dalej niż sam jedzie) i lądujemy pod Wiedniem.
Tu znowu ściana. Austriacy są bardzo niemili, zabiegani. Udają, ze nas nie zauważają, albo bardzo się dziwią że pytamy ich dokąd jadą. Jakby w ogóle nie mieli pojęcia czym jest autostop. Czujemy się jak Cyganie. Nikt się nie uśmiecha, wszyscy gdzieś biegną. W sklepie
plany Wiednia zafoliowane, łazienka płatna.Po 30 minutach bezskutecznego zaczepiania kierowców rezygnujemy z wjeżdżania do Wiednia i rozbijamy namiot kawałek za stacją, na nieużywanym kawałku pola. Ciągle się boję, że wyskoczy na nas austriak ze strzelbą i psem myśliwskim i nas przegoni. W końcu to jego pole! Fatalnie się uprzedziłam do tego narodu.. Generalnie sprawdza się zasada – im kraj biedniejszy – tym ludzie milsi i bardziej zadowoleni z życia. Nasz kierowca ze Słowacji narzekał na austriaków – że to „nazi”, że nie lubią obcokrajowców i Ordnung muss sein. Niby stereotyp ale dla nas się sprawdził (niestety!)
5. Z WIEDNIA DO BUDAPESZTU
Wstajemy, zwijamy rzeczy, jest gorąco (w końcu!) i idziemy łapać stopa nastawieni na dłuuugie czekanie wśród niemiłych austriaków (planujemy raczej zagadywać bułgarów). Mija 5 minut (które to spędzamy owocnie – kłócąc się czy w chustce na głowie wyglądam jak cyganka czy też bardziej jak brudna hipiska i jak bardzo zmniejsza to szanse na złapanie stopa) i podchodzi do nas Austriak w średnim wieku, pytając dokąd chcemy jechać. Do Budapesztu! To tak jak on🙂

Wsiadamy do baardzo dobrego samochodu i znowu okazuje się, że zasady (i stereotypy) są po to żeby je łamać. To jeden z najfajniejszych kierowców. Przegadujemy z nim 3 godziny – o życiu, gospodarce, polityce, historii. O wszystkim. Jemu chyba też sprawia przyjemność ta podróż, bo pod koniec daje nam wizytówkę ( i paczke fajek ;p), mówiąc, że za 5 dni wybiera się do Istambułu (a wtedy i my powinniśmy tam dotrzeć) i że koniecznie musimy zadzwonić, żeby się w tym Istambule spotkać. Pozytywnie nastawieni do wszechświata wysiadamy na stacji benzynowej 30 km przed Budapesztem.

Jakieś dwie godziny spędzamy na bezskutecznym zaczepianiu kierowcow, którzy
ani nie mowia po angielsku ani nie sa specjalnie przychylnie nastawieni do autostopowiczow. W koncu nadjezdza van, wyglądający jak wyjęty z czasów hipisów. No dobra.. ten nas zabierze! Adam biegnie zaczepic kierowce i zgodnie z oczekiwaniami wsiadamy do
vana.

Van należy do pary nieźle już zużytych hipisów (może byli po 50stce a może tylko tak wyglądali), podrozujacych we dwojke po europie. Z tyłu zamiast siedzeń – łóżko. Zgarniają trochę ciuchów, skarpetek, psich chrupek i innych gratów, robiąc dla nas miejsce i mamy okazję bliżej im sie przyjrzeć. Facet prawie bez zębów, włosów też nie zostało mu zbyt wiele, pali papierosa za papierosem, dziewczyna ma fioletowe sińce pod oczami i szramy na plecach ale jest przemiła. Na kolanach siedzi jej mały, uroczy yorczek, wyglądający jak ukradziony jakiejś holywoodzkiej gwiazdeczce.

Do dziś zastanawiamy się jakiej właściwie byli narodowości – w rozmowie mieszali 4 różne języki, a żadnym nie posługiwali się poprawnie.

Od wejścia do vana do wyruszenia mija jakieś 40 minut, podczas których nasi kierowcy przygotowują się do dalszej jazdy: dziewczyna zalicza 4 wizyty w toalecie, a facet zdąrza wciągnąć kreskę amfetaminy i spalic pół paczki fajek. Kiedy wszyscy już siedzą w samochodzie wyciągają szklaną fiolkę z tajemniczym płynem. Okazuje się, że to jakiś środek  o działaniu psychodelicznym. Biorą po 5 kropelek – żeby się lepiej jechało.. nas też częstują zapewniając, że to legalne. Mimo wszystko grzecznie odmawiamy.

Ok, w końcu ruszamy. Jedziemy środkiem autostrady  z prędkością zbliżoną do 40 km/h(kierowca jest bardzo wyluzowany i traktuje przepisy drogowe bardziej jako zbiór luźnych wskazówek), kiedy okazuje się, że fajnie by było podłączyć stojące na desce rozdzielczej małe radyjko. Kierowca całkowicie traci zainteresowanie kierownicą, grzebiąc przy radiowych wtyczkach. Kiedy po raz trzeci van zjeżdża na pobocze dziewczyna delikatnie zwraca uwagę ‚mishaa… be careful’ mówi słodkim głosikiem. 30 minut takiej jazdy i wjeżdżamy do Budapesztu gdzie robi się jeszcze ciekawiej. Zaliczamy chyba wszystkie krawężniki, kilka ślepych uliczek i czerwonych świateł. Nie wiedzieć czemu wszyscy na nas trąbią. Dziewczyna (która ponoć urodziła się w Budapeszcie) raczy swojego chłopaka dobrymi radami w stylu ‚be careful, people here don’t like if you are not a good driver’. Kiedy znajdujemy się w pobliżu jakiegoś zamku upieram się, że jest piękny i muszą nas wysadzić. Koniecnie tu i koniecznie w tej chwili.

Budapeszt

Po tej szalonej podróży jesteśmy niesamowicie wyczerpani. Mam wrażenie ze mój plecak waży tonę, jest strasznie gorąco, a metro jakieś dziwne i głośne. Szybko znajdujemy mieszkanie naszego hosta (w samym centrum!!). Zapoznajemy się, zostawiamy plecaki i ruszamy w miasto. Ogólnie jest ładne ale chyba byliśmy zbyt zmęczeni i troszkę zblazowani (to 3 miasto w przeciągu 4 dni) żeby w pełni czerpać przyjemność ze zwiedzania. Jest 18, a dalej
jest nieskończenie gorąco, a mój plan wypicia piwa nad Dunajem nie zostaje zrealizowany, bo po obydwu stronach rzeki Bułgarzy zbudowali ruchliwe drogi.. Mimo wszystko dzielnie zwiedzamy, okazuje się, że nie jesteśmy zbyt oryginalni – największe wrażenie robi na nas budynek parlamentu.

Odbębniwszy wszystkie podstawowe punkty wycieczki ´budapeszt w 3 godziny´, mozemy w końcu zrelaksowac sie w mieszkaniu naszego hosta. W przeciągu jednej nocy próbujemy 7 różnych rodzajów alkoholu (piwo, cydr, raki, rakija, wódka, jagermeister i wino) i rozmawiamy praktycznie o wszystkim. Spotkanie jest o tyle ciekawe, że Agata studiuje projektowanie produktu, a Geza jest 25letnim designerem, więc jest o czym rozmawiać. Pokazał nam kilka swoich projektów w tym materac – fotel, który właśnie trafił do sprzedaży (spaliśmy i siedzieliśmy, jest super, polecamy!!)

 6. BUDAPESZT BELGRAD
Niestety Geza to kolejny host który musi wstac rano i  skopuje nas z lozek o 6.30. Postanawiamy nie dać się tak łatwo. Idziemy do parku, rozkładamy karimaty na trawie i udając że nie zauważamy pana  koszącego trawę dookoła nas śpimy jeszcze 2 godziny. Cieszę się, że jestem młoda, biedna, normalnie ubrana  i wolno mi spać w parku😉

Okazuje się, że jesteśmy w całkiem dobrym miejscu, bo tylko 15 minut na piechotę dzieli nas od stacji benzynowej. Kierujemy się w tamtą stronę.

Komunikacja z Węgrami idzie opornie. Nie dość że nie znają angielskiego, to niespecjalnie im zależy na tym, żeby nam pomóc. Węgrzy! A gdzie przyjaźń nasza historyczna??.W ciągu godziny, którą spędziliśmy na tej stacji zdołaliśmy władować w siebie po 0,5 l energy drinka. Czuje, że powoli mnie morduje ten tryb życia..

Do Belgradu dowieźli nas Polacy. Bardzo się spieszyli, ponieważ jednemu z nich w Grecji niedawno urodziło się dziecko. Jechali aby przywieźć je ( i jego matkę) do Polski. Okazuje się, że jesteśmy bardzo powolni – ta sama trasa im zajęła około 18 godzin – nam 6 dni…

Belgrad zaskakuje nas od samego początku. Przez środek miasta przechodzi autostrada na której widzimy KOZY. Spotykamy sie z naszymi hostami -Matiją i Uną, którzy pokażą nam, że Belgrad to naprawdę świetne miasto. Szczególnie o drugiej w nocy, kiedy wciąż jest bardzo ciepło (około 25 stopni), pełno ludzi, można bez problemu wejść na zamkowe mury, obejrzeć panoramę, posłuchać jak inni grają na gitarze i śpiewają. Z tego co mówią nasi hostowie w Belgradzie kwitnie życie nocne – można wyjść z domu praktycznie o każdej godzinie.

Miasto zadziwiająco ładne i czyste. Budynki może nie są idealnie odpicowane, ale to nadaje im charakteru. Osobiście spodziewałam się czegoś bardziej.. socjalistycznego? Jest pełno kamienic, lekko zniszczonych ale dalej ładnych. Miasto ma klimat i spokojnie można wyjść w środku nocy i znaleźć otwarte puby i cytując naszego hosta “piwo jest tanie, a dziewczyny łatwe” (tego drugiego nie sprawdziliśmy ale były naprawdę ładne)

7. WYJAZD Z BELGRADU

Mieliśmy ambitny plan wyruszenia z samego rana. Jednak po nocnej eskapadzie, która zakończyła się koło 5 budzimy się dopiero o 13. Kiedy podchodzę do okna czuję miły powiew wiatru – niestety to tylko wentylator, wystawiam głowę za okno i naprawdę nie ma czym oddychać. Jest bardzo sucho i naprawdę niewyobrażalnie gorąco.

Szybko wysyłam parę couch- requestów do ludzi z Istambułu (póki co jedziemy ‚na przypał’, nie wiedząc gdzie będziemy spali). Matija i Una zabierają nas na zamek i na pizzę. Świetnie się z nimi gada, w końcu, koło 18 odwożą nas na stację benzynową i jest nam bardzo ciężko się pożegnać..

Jest 19.30 i od półtorej godziny siedzimy na stacji benzynowej. Jest piątek, wszyscy mili, zadowoleni, uśmiechają się do nas, machają. Nigdzie się nie spieszą. My też zmieniliśmy się trochę w południowców. Siedzimy spokojnie, czekamy, rozmawiamy, ja maluję paznokcie, palimy papierosy. Cieszymy się chwilą i jakoś specjalnie nie zależy nam na złapaniu stopa (szczególnie, że naprawdę chce wrócić z powrotem do Belgradu, do Matiji i Uny – naszych najlepszych hostów). Spotykamy nawet Polaków, ale nie dość że nie mają miejsca w aucie, to strasznie narzekają..

Mija jeszcze trochę czasu i powoli zaczyna się ściemniać (no tak, zapomnieliśmy, że zjechaliśmy 1400 km na południe i dzień kończy się jakąś godzinę wcześniej). Stajemy przed wjazdem na stację i zaczynamy łapać stopa na autostradzie. Po chwili zatrzymuję się Serb. Sportowa koszulka, krótkie włosy, szybki samochód. Nie mówi za bardzo po angielsku, więc dzwoni do kumpla i tłumaczy mu coś po serbsku i prosi go o tłumaczenie. Adam dostaje słuchawkę ‘he wants to suck your dicks’ słyszy. ??? To tylko żart. Adam dowiaduje się, że nasz kierowca chce nas zabrać w lepsze miejsce do łapania stopa. I rzeczywiście. Zostawia nas 5 km dalej przy bramkach na autostradzie. Mija kolejne 5 min i już mamy stopa do Nis. (około 200 km). Już wcześniej Polacy, którzy nas podwieźli narzekali na serbskich kierowców. Teraz możemy doświadczyć ich jazdy na własnej skórze. Ponad 200 km przejeżdżamy w niecałe 75 minut. Kierowca praktycznie nie schodzi poniżej 190 km/h, a mimo wszystko jedzie bardzo płynnie, nie hamuje gwałtownie i czujemy się
w miarę bezpiecznie.

Kiedy wysiadamy jest 22 i nie bardzo chcemy wjeżdżać do Bułgarii (oczywiście wszyscy Serbowie straszną nas Bułgarią, tak jak Węgrzy straszyli nas Serbią.. :)). Przełazimy przez płot przy autostradzie i śpimy na dziko. Ja (Agata) trochę panikuję, że zjedzą nas: ludzie, wilki, kosmici albo dzikie węże. Na szczęście nic złego się nie dzieje i udaję się zasnąć w blasku autostradowych lamp i szumie pędzących tirów.

8. Z NIS POD GRANICE TURECKĄ

Kiedy wstajemy rano orientujemy się, że zostawiliśmy w ostatnim samochodzie nasz jedyny zeszyt. Wobec tego piszemy ‚ISTANBUL’ na karimacie i mamy nadzieję, że złapiemy bezpośredniego stopa. I udaję się! Nie musieliśmy długo czekać na TIRA, jadącego prosto do Istambułu (czyli ponad 600 km stąd).

Nasz kierowca nie zna ani słowa po angielsku, ale nadrabia gościnnością i serdecznością. nasze rozmowy ograniczają się do ‚istanbul Gross!’, ‚aaa.. Polonia, vodka!’ Dzieli się z nami jedzeniem i piciem i zaprasza nas nawet na świetny turecki obiad w przydrożnym barze

Na granicy serbsko-bułgarskiej chcieliśmy pójść po wodę. Żeby dojść do sklepów musieliśmy minąć długą kolumnę TIRów. Mijamy je, idziemy w stronę sklepów (cały czas nie przekraczając granicy). Słyszymy gwizd, odwracamy się – celnik. Podchodzimy do niego:
-PASSPOSRTS?
– strasznie głupio zrobiliśmy, że zostawiliśmy paszporty w tirze. Tłumaczymy, ze my tylko po wodę, że nie przekroczyliśmy granicy, że z Polski i że Unia Europejska. Pokazujemy dowody osobiste.
-PROBLEM, BIG PROBLEM.. – gadamy z nim jeszcze chwilę, pozwala nam pójść po wodę i przekroczyć granicę w Tirze. Wracamy do Tira, dojeżdżamy do budki i znowu się zaczyna… “BIG, BIG PROBLEM”. Coś tam pisze palcem po Tirze, że mandat, że POLIZEI, że 100 Euro. Nasz kierowca próbuje dać mu czekoladę (swoją drogą nie mam pojęcia czemu on każdemu celnikowi daje czekoladę albo energy drinka). Na szczęście okazuje się, że to taki dobry wujek co chce pogadać z Polakami, ostrzec, trochę postraszyć, dać dobrą radę na przyszłość. OK, nie ruszamy się już nigdzie bez paszportu.

Swoją drogą nasi serbowie z couchsurfingu mówili, ze Serbia bardzo chce wejść do Unii Europejskiej, dlatego starają się nie zadzierać z obywatelami państw członkowskich (ponoć w Belgradzie możemy spokojnie jeździć bez biletu, bo kanary zwyczajnie nie dają mandatów obywatelom państw UE). Może ta przygoda na granicy to tylko potwierdzenie?

KIedy zbliżamy się do granicy bułgarsko -tureckiej kierowca zabiera nas do przydrożnego baru (ponoć TIRowcy najlepiej znają się na barach – w tym przypadku to prawda, bo jedzenie jest najlepsze jakie jedliśmy podczas całego pobytu w turcji) Właściciel baru jest pierwszym mówiącym po angielsku turkiem. Podejmujemy więc
pierwszy poważniejszy dialog z naszym kierowcą. Nie wiemy o której będziemy w Istambule, niby mamy umówimy couchsurfing, ale od jutra i nie chcemy robić kłopotu przyjeżdżając dzień wcześniej… o 2 w nocy (bo aktualnie oficjalna wersja głosi, że będziemy w Istambule na drugą) Postanawiamy spać w namiocie, ale właściciel baru przekonuje nas, że to zły pomysł “danger, big danger, a lot of bad people’ (i miał rację, nawet nie byłoby gdzie rozbić tego namiotu). Staje na tym, że damy numer
telefonu naszego hosta kierowcy i już się dogadają po turecku. Minusem całego przedsięwzięcia jest fakt, że nie poinformowali nas co tak właściwie ustalili, a wygadali ostatnie 20 zł kredytu z mojego telefonu i nawet nie mam jak zadzwonić…Czyli jeśli Ozan po nas nie przyjdzie to nie mamy żadnej opcji kontaktu ze światem. Dowiadujemy się tylko, że Ozan odbierze nas o 6.30 z miejsca wktórym zostawi nas nasz kierowca.

O godzinie 1.30 dobijamy do tureckiej granicy. Jedziemy Tirem z Nis od 12 i będziemy jechać jeszcze nieskończenie długo. Nie mogę uwierzyć, ze już prawie nam się udało.
Istambuł!
Na granicy spędzamy kolejne 3 i pół godziny. Zostajemy przeszukani przez bardzo niemiłego celnika, który pyta nas czy mamy’ ecstasy? weed? cocaine? guns?’ po czym zaczyna okładać pięścią nasze plecaki…

O godzinie 3 słońce zaczyna powoli wschodzić a my wciąż nie ruszyliśmy się z granicy bułgarsko-tureckiej. Nie sądzę, żebyśmy mieli dotrzeć do Istambułu na 6.30. Za to mamy śliczne tureckie Wizy (15 Euro nas kosztowała ta przyjemność) i pomimo zmęczenia jesteśmy całkiem zadowoleni.

Odzywa się turecka mentalność.  Nasz kierowca wołając nas zawsze mówi ‘Adam!’, chociaż dobrze wiem, że pamięta moje imię. Coś tam się we mnie burzy po cichu, ale nie daje nic po sobie poznać.

Z resztą to nie jedyny przejaw tureckiej mentalności, którego jest nam dane doświadczać. Kierowcy nigdzie się nie spieszą, trzymają się razem (nasz ma przyjaciela – kierowcę innego Tira), zatrzymują co chwilę na posiłek, herbatę, lub po prostu żeby coś sobie powiedzieć. Nasz driver co chwilę trąbi na jakiegoś mijanego Tira. Na postoju jeden z kierowców wyciąga stolik, chleb, pomidory i wszystkich częstuje. Nasz kierowca zaraz przynosi energy drinki i rozdaje wszystkim. Jadąc tak z nimi czujemy się jak członkowie jakiejś dużej, dziwnej rodziny.

9. DROGA DO ISTAMBUŁU

Około 5 ruszamy z granicy bułgarsko-tureckiej. Adam już dawno zamulił na łóżko z tyłu (stopowanie bywa bardzo męczące, dlatego że nawet jeśli nie mamy jak rozmawiać z kierowcą to po prostu nie wypada spać w samochodzie, także często śpimy na zmianę), a nasz kierowca zaczął trochę zasypiać nad kierownicą, co sprawia, że ja jestem całkowicie przytomna. Jadę cała spięta i tylko zerkam czy przypadkiem nie śpi.

Powoli zaczynam rzygać arabską muzyką, którą raczy nas nasz kierowca od jakichś 10 godzin. Przed chwilą zmieniał stacje radiowe i przez 3 sekundy słyszałam ‘Wish you were here’ Floydów. Przełączył znowu na arabskie rzygi. Co zrobić, folklor.

Dobijamy do Istambułu, który okazuję się być największym molochem jaki do tej pory widzieliśmy. Istambuł ma 11 mln mieszkańców, a jego powierzchnia to 1 500 km2, co w praktyce oznacza, że jest naprawdę duży. Jedziemy autostradą przez Istambuł od jakiejś godziny i nie wiem czy w ogole zbliżamy się do centrum, a wszystko dookoła wygląda identycznie (białe bloki i minarety).

Dojeżdżamy do miejsca w którym kierowca umówił się z naszym hostem – Ozanem. Okazuje się, że to największe chyba, kilkipiętrowe skrzyżowanie w całym Istambule. Dostajemy od kierowcy tureckie prezenty – ubrania. Adam jest bogatszy o gustowne dresowe spodenki z napisem ‚I’m hot’, a ja o błękitną spódniczkę w białe wzorki. Głupio nam odmówić więc bardzo dziękujemy za ubrania i po 24 godzinach podróży ostatecznie wysiadamy z TIRa.

Ozan piszę sms ‚where are you? I can’t find u’, na którego niestety nie mogę odpisać bo nie mam już nic na koncie, a Adama telefon jest zepsuty. Na szczęście jakos się znajdujemy. Ozan zabiera nas na przystanek ‚one lira bus’. W Istambule nie istnieją żadne rozkłady jazdy. Po prostu czekasz na przystanku aż coś przyjedzie. Wsiadasz, kupujesz bilet i jedziesz.

10. ISTAMBUŁ!

No i jesteśmy w Istambule. Spędzilismy tu 3 dni, których nie ma sensu opisywać chronologicznie.  Istambuł jest niezwykłym miastem, zupełnie innym niż te europejskie (czyli mamy to co chcieliśmy). Już na początku zaskakuje nas komunikacja miejska. Nie ma biletów, nie ma rozkładów jazdy. Wskakujemy do ‘one lira bus’ prowadzonego przez dwóch czarnoskórych gości w ciemnych okularach i złotych łańcuchach. Na skórzanej desce rozdzielczej stoją małe figurki łaciatych piesków. Płacimy po lirze i w ten sposób możemy jechać do mieszkania naszego hosta. Po drodze próbujemy kupić piwo, ale okazuje się, że można je kupić tylko w wybranych sklepach.

Pierwszego dnia zrezygnowaliśmy ze zwiedzania, decydujemy się jedynie na poznawanie życia nocnego. Koło 22 wychodzimy wraz z naszymi hostami do kulturalnego centrum miasta – Besiktas. Miejsce robi na nas ogromne wrażenie. Jest niezwykłe szczególnie wieczorem, kiedy restauracje wystawiają stoliki na zewnątrz, w takiej ilości że nie sposób się między nimi przeciskać, obnośni sprzedawcy sprzedają migdały w lodzie, a muzycy zaczepiają gości, grają dla nich. Chcemy zamówić piwo, jednak Ozan namawia nas na raki. Raki to najtańszy tu wysoko-procentowy alkohol, pity równie często jak w Polsce wódka. Pije się to dziwacznie. Kelner podaje nam po dwie szklanki i kubełek z lodem. Do jednej szklanki nalewa ⅓ raki i zalewa wodą. Pod wpływem wody drink zmienia kolor na mleczny. Wrzucają do tego lodu i popijają wodą. Muszę dodać, że nam raki zupełnie nie smakuje. Jest mocno anyżkowa, a popijanie wodą wcale nie poprawia jej smaku.

Kiedy następnego dnia zwiedzamy besiktas i plac Taksim robi na nas zupełnie inne wrażenie. Jest tłoczno i gorąco, pełno tandetnych sklepików i brudnych uliczek. Ozan zabiera nas na obiad – zjadamy mięsne pulpeciki ułożone na picie i polane sosem. Do tego każdy dostaje plame jogurtu. Robię błąd, że go próbuję – okazuje się, że straszliwie śmierdzi kozą a koza to smak który odtąd będzie mi towarzyszył w Istambule. Nie pozwalając zjeść ani kebaba ani nawet lodów na ulicy.  Potem zwiedzanie. Wieża Galata, pałac Topcapi, Hagia Sofia i niebieski meczet (gdzie ku mojemu zdziwieniu nie muszę zakrywać włosów, za to dostaje niebieskie ‘szmatki’ na ramiona i nogi) i najlepsze moim zdaniem miejsce w Istambule – Basilica Cistern . Zupełnie magiczne miejsce, piwnica pełna kolumn. Zamiast podłogi – 50cm wody w której pływają karpie. Wszędzie światełka i muzyka.  No i w końcu odpoczywamy od upału😉
Pokonujemy też promem Bosfor i przedostajemy się na drugą stronę Istambułu – tym samym po raz pierwszy w zyciu stawiamy stopę w Azji!

11. DROGA POWROTNA: Z ISTAMBUŁU NA GRILLA

Trochę już osiedliliśmy się w Istambule. Spanie 3 noce pod rząd w jednym miejscu nas rozleniwiło i ociągamy się kiedy nadchodzi czas znów wyruszyć w drogę. Ociąganie się zajmuje nam od 10 do 16, więc wyruszamy w drogę późno jak na autostop.

Hości odwożą nas na autostrade praktycznie w środku miasta (chyba nie da się autobusem wyjechac poza Istambuł, to naprawde ogromne miasto). Nie wierzymy, że uda nam się łatwo złapać stopa, jednak wystarczają 3 minuty czekania i już rozpędzony TIR zjeżdża z 3 pasa i zatrzymuje się dla nas.

Wywozi nas kawałek za Istambuł, po czym zauważa innego TIRA o bułgarskiej rejestracji. Podjeżdża do niego, i pokazuje nam żebyśmy otworzyli okna. Oba TIRY jadą jakieś 70 km.h a my przez okno łapiemy stopa. Udaje się i drugi kierowca zabiera nas aż do granicy, którą przekraczamy pieszo, ustawiając się w kolejce za samochodami😉

Po drodze zahaczając o jakiś bar na ostatnią już w te wakacje turecką zupkę z soczewicy. Będziemy tęsknić za przemiłymi tureckimi kelnerami i darmową herbatą🙂 Kiedy przechodzimy przez wszystkie punkty celne jest już prawie ciemno. Wystawiamy kciuka nie wierząc w szanse złapania czegokolwiek, ale po 5 minutach zatrzymuje się dla nas turek – Yosuf.

POmarańczowa koszulka, wesoły, opalony – mówi że jest turkiem ale na turka nie wygląda. Mówi, ze może nas podwieźć kilka kilometrów, zgadzamy się i wsiadamy. Już po dwóch minutach okazuje się, że ma co do nas całkiem inne plany
-Svilengrad! Grill! Mandala! Kolega friend! No problem, no problem – tym łamanym angielskim zaprasza nas do swoich przyjaciół bułgarów na kolacje. Mamy trochę wątpliwości (szczególnie że po drodze zatrzymują go ze dwa patrole policyjne) ale ostatecznie zgadzamy się jechać z nim – na taką przygodę liczyłam no i spędzimy noc pod dachem.

Rodzina typowo wschodnia – 4 pokolenia żyją pod jednym dachem w skromnym domku (łazienka to drewniana budka za domem). Siadamy na zewnątrz, pod winoroślami, kiedy kobiety krzątają się przygotowując posiłek. Wszyscy są bardzo mili i udaje nam się dogadaywać polsko-bułgarsko-rosyjskim. Kiedy podają jedzenie opuszczają nas wszelkie wątpliwości – dostajemy po wielkim talerzu warzyw, ogromne kawały mięsa z grilla, ziemniaki, na deser baklawa.

Poza tym na stole oczywiście nie brakuje wódki (turek po drodze chciał kupić raki ale przekonaliśmy go do wódki🙂 i pędzonej w domu przez gospodarzy rakiji. Dziadek rodziny gospodarzy stara się nas upić, nieustannie dolewając. ‘Na zdrowie, serefe!’ (Serefe to piękny turecki toast oznaczający za honor) nie dają nam spokoju cały wieczór.

Żeby odwdzięczyć się za gościne pytamy czy maja może parafine. Okazuje się, że tak i adam robi mały pokaz plucia ogniem w ich ogródki. Są zachwyceni szczególnie 8letni syn gospodarzy.

Robi się późno i mamy nadzieje iść spać, jednak okazuje się, że porządznie już podpici gospodarze mają całkiem inne plany.
– Dancing! Disco! – no i nawet nie wiem kiedy lądujemy z nimi w samochodzie i jedziemy na dyskotekę. Na miejscu okazuje się, że to nie jakieś tam wiejskie disco, tylko ekskluzywny klub nocny, gdzie nasz gospodarz jest szefem ochrony.  Klub jest prawie pusty i błąkają się po nim tylko dwie laseczki w bieliźnie, do których zaraz podbiega nasz turek i zamawia u nich kolejne tańce dla.. żony naszego gospodarza. Strasznie mnie już irytuje jego zachowanie, szczególnie że jest totalnie pijany. Po ciężkich dla mnie dwóch godzinach wracamy w końcu do domu.

12. SVILENGRAD – BURGAS

Następnego dnia rano nie mogę dobudzić Adama. Kiedy w końcu mi się to udaje gospodarz odwozi nas na autostradę (która jest tak pusta jak widać na zdjęciach). Na drogę dostajemy jeszcze 3kg świeżych ogórków i 4 słoiki kiszonych🙂 Na nic się zdają nasze protesty, więc zabieramy fanty i rozdajemy kierowcom, którzy nas zabierają.

A zabierają nas całkiem szybko i chętnie. Cieszymy się, bo jest strasznie gorąco i chcemy jak najszybciej dotrzeć do Burgas, żeby wykąpać sie w morzu. Dotarcie tam zajmuje nam 3 stopy (około 6 godzin) – Adam mówi, że przesadzam ale moim zdaniem każdy z naszych kierowców wygląda jakby należał do jakiejś małej grupy przestępczej. Po drodze jeden z naszych kierowców łapie gumę i pomagamy mu wymienić oponę. Na szczęście to nic poważnego i dowozi nas do samego burgas. Wysadza nas i dopiero wtedy opuscza dach swojego kabrioletu (ehh.. a całą drogę na to liczyłam).

MORZE!!! Na plaży czekamy na naszego kolejnego hosta, a raczej hostkę – Mihaelę. To jedna z 4 couchsurferów w burgas i mamy ogromne szczęście że zgodziła się nas przenocować. Dostajemy całe mieszkanie dla siebie (to mieszkanie jej brata, który przyjeżdża tam tylko raz na miesiąc i nic nie wie o naszym pobycie). Sama Mihaela mieszka w sąsiednim mieszkaniu ze swoją mamą. Tłumaczy, że nikt nie może się dowiedzie
ć, że tam jesteśmy, bo mama będzie na nią zła. Gdyby jednak nas znalazła mamy mówić, że jesteśmy przyjaciółmi których poznała w Anglii. Zgadzamy się na taki układ, chociaż jest trochę dziwaczny. Ale czego się nie robi dla ślicznego, świetnie urządzonego  mieszkania na wyłączność.
W burgas spędzamy dwa miłe dni – jedyny szok to to, że nigdzie nie ma kafejki internetowej, a my musimy wydrukować swoje bilety samolotowe. Przeszukujemy całe miasto i okazuje sie, że jedyny komputer z dostępem do internetu jest w hotelu – oczywiście nie możemy z niego skorzystać… bo nie.  Dopiero po trzech godzinach poszukiwań udaje nam się odnaleźć jedyną kafejke w spornyym turystycznym mieście.

13. SAMOLOTEM DO PRAGI I DALEJ STOPEM

Wstajemy wcześnie rano i jedziemy taksówką na lotnisko. Udało nam się kupić bardzo tanie bilety z Burgas do Pragi. Trochę szkoda, że nie wrócimy autostopem, ale woleliśmy trochę poodpoczywać nad morzem. Wsiadamy w samolot i w niecałe dwie godziny przebywamy drogę, która zajęła nam wcześniej 5 dni…😉 (i tym samym przegrywamy zakład ze znajomymi….). Ten lot samolotem pozwala mi docenic autostop – powolne przemieszczanie się przez kolejne kraje, stopniowe ocieplanie się klimatu, obserwowanie zmian po drodze..

Pragę tym razem poznajemy z zupełnie innej strony – jest bardzo turystycznie, tłoczno, gorąco, do tego mamy nasze plecaki (na szczęście udaje nam się znaleźć przechowalnie na dworcu). Spacerujemy po mieście ciesząc się słońcem, podejmujemy probę znalezienia couchsurfingu, niestety Praga jest dość małym miastem, za to pełnym turystów i z couchsurfingiem jest tu dość ciężko. Nie wiemy jeszcze gdzie będziemy spali, ale nie martwimy się tym za bardzo. W końcu robi się późno i musimy iść odebrać nasze plecaki (przechowalnia ma przerwe w godzinach 24 -5 ). Przyglądamy się mapie Pragi i postanawiamy pojechać metrem do ostatniej stacji, obok której jest mały las. Tak też robimy i po 10 minutach spaceru rzeczywiście odnajdujemy lasek. Co prawda dookoła jest kilka domów, ale po prostu odchodzimy kawałek, rozbijamy namiot i kładziemy się spać. Oczywiście mi spanie na dziko nie przycodzi zupełnie bezproblemowo i zrywam sie na każdy szmer. Może kiedyś się przyzwyczaje..

Rano budzi nas pies próbujący dostać się do naszego namiotu. Nie docenilismy ilości domów dookoła  – lasek jest głównym punktem spacerów okolicznych mieszkańców, tym bardziej że jest niedziela. No nic.. szybko się zwijamy i po krótkiej wizycie w sklepie idziemy na wylotówke. Mamy nadzieje, że tym razem Praga będzie dla nas łaskawsza (poprzednio spędzliśmy 6 godzin próbując się z niej wydostać). I rzeczywiście. Po 30 minutach zatrzymuje się dla nas równie sympatyczny co dziwaczny Czech. Jego samochód jest pełen różnych gratów, wiezie nawet akordeon.. Przez całą drogę czech opowiada różne ciekawe historie i bardzo słabe żarty. Podwozi nas 60 km do stacji benzynowej. Po chwili zaczepiania ludzi po prostu stajemy przy drodze i  cieszymy się wystawianiem kciuka (to o wiele przyjemniejsze i bardziej emocjonujące niż podchodzenie do ludzi na stacji benzynowej). Mija 30 minut i już mamy kolejnego stopa, którym jedziemy aż do miasteczka przy polskiej granicy. Przez 2 godziny nie udaje nam się nic złapać, więc idziemy na obiad i ostatnie już tanie i pyszne czeskie piwo. Po pstrągu z grilla i dwóch ciemnych Kozelach świat robi się o wiele piękniejszy i postanawiamy znaleźć miejsce na namiot. Jest już 22, idziemy powoli ulicą, która nazywa się polska, śpiewając i podsumowując podróż. Nawet udaje nam się złapać stopa do samej granicy polsko – czeskiej (facet mówi, że podwiózłby nas dalej ale ma psy i policja mogłaby się przyczepić, że nie mają paszportów… Ciekawe, że ludzie ich nie potrzebują a psy już tak)

Postanawiamy rozbić się tuż przy granicy. Księżyc świeci tak mocno, że nie potrzebujemy nawet używać latarki.

Budzimy się rano i…
Polska! wysypujemy po stercie monet z portfeli (jakoś podczas tej podróży skutecznie nam się udało omijać strefę euro i z każdego kraju zostały nam inne monety). Wygrzebujemy gdzieś z tego złotówki i kupujemy po snickersie! Trzy stopy dzielą nas od wrocławia, skąd jedziemy do domu pociągiem. Doceniamy brak barier językowych i możliwość naprawdę swobodnej rozmowy.

I w końcu.. zmęczeni i brudni dojeżdżamy do upragnionego mieszkania.Od progu wita nas współlokator ‘hej, pewnie się ucieszycie, że coś się zepsuło i jest tylko zimna woda’..🙂

14. MISSION ACCOMPLISHED

Misja Istambuł zakończona!

  • 3353 km autostopem,
  • 28 samochodów,
  • 18 dni,
  • 0,5kg różnych monet w portfelu

Masa doświadczeń, zdjęć, nowych znajomości. Cudowne momenty, kłótnie i chwile zwątpienia. I ogromny niedosyt. Na pewno 18 dni to o jakieś dwa tygodnie za mało na taką podróż. Gdybyśmy mieli więcej czasu to zdąrzylibyśmy wstąpić do Wiednia , zostalibyśmy dłużej w Belgradzie i przede wszystkim nie bylibyśmy tak zmęczeni. Niestety życie nas goniło, a koniecznie chcieliśmy do tego Istambułu dotrzeć.

Co do autostopu to absolutnie się nie zniechęciliśmy i dalej chcemy tak podróżować (chociaż Adam coraz częściej coś marudzi o busiku). Jest to czasem frustrujące, często bardzo męczące, ale  uczy spokoju, pozwala się wyluzować, zrozumieć, ze tak naprawdę nie mamy na to za bardzo wpływu – możemy zostać zabrani za 5 minut albo za 2 godziny, a nerwy niczego tu nie przyspieszą. Może trochę niepotrzebnie umówiliśmy tyle couchsurfingów, co nam narzucało tempo podróży. Z drugiej strony gdyby nie couchsurfing to nie byłoby tak fajnie..

Co do finansów to nie było tak źle, szczególnie że nie wydaliśmy ani grosza na noclegi i transport (poza komunikacją miejską – na to akurat wydaliśmy najwięcej i samolotem z Burgas do Pragi). Na południu można dość tanio zjeść w róznych knajpkach, także żywiliśmy się głównie tak. Do tego czasem gotowaliśmy u naszych hostów. Stosunkowo mocno obciążyły nas zakupy na stacjach benzynowych – pewnie można by tego uniknąć ale: nikomu się nie chce tachać plecaka pełnego wody i żarcia przez 5km wzdłuż drogi (a czasem trzeba się tak przejść żeby w ogóle zacząć łapać).

6 odpowiedzi na „Istambuł 2011 – pełna relacja

  1. Kylo pisze:

    Jeszcze przez cały tekst nie przebrnąłem ale naprawdę ciekawie się czyta🙂 Zazdroszczę Wam. Przygoda z grilem niesamowita🙂

  2. kemadas pisze:

    Dzięki Kylu! Następnym razem zabieraj jakiegoś towarzysza i z nami😀

  3. ewelinalucy pisze:

    bardzo fajnie się czyta Waszą relację – za jakiś tydzień wybieram się do Turcji i dobrze znać doswiadczenia innych, a poza tym najbardziej ucieszył mnie fakt, że aż tak łatwo może się udać złapać stopa z Nis az do samej Turcji. Udanego dalszego stopowania życzę!

  4. Kamo pisze:

    Jej, tyle tego, że moglibyście książkę wydać😉 :>

  5. Jacek pisze:

    Jaki „Istambuł”? Po polsku to jest Stambuł.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s